wtorek, 30 grudnia 2025

MORZE

 Ciepły piasek ustępuje bosym stopom

Posłusznie daje wtulić w jego miękkość

Jak zmęczonym na Olimpie bogom

Uniżenie oddać hołd i wdzięczność


Jak koronki delikatne białe fale

Zagarniają złoty  piasek do siebie

Cicho szemrzą nie przejmując wcale

że jak lustro odbijają się w niebie

PÓKI SERCE BIJE

 Jeszcze jeden taniec i ta pieśń

zanim nogi powiodą w bój

poniesiemy swe życie na znój

 oddać śmierci cześć

Dobrze, gdy każdy jeszcze żyje

Wielu z nas nie wróci już

Zatańczmy, póki chęci, cóż

I serce bije

Przykryje nas piach i kurz

i deszcz jesienny zmyje

Nie trzeba nam pięknych róż

Gdy pamięć żyje

BALLADA O DZIEWCZYNIE, CO ZWODZIŁA CHŁOPCÓW

 Wśród gęstwiny lasów, co nieludzką ręką

pną swe wierzchołki z naturą przyrody

skręcone i proste wysiłkiem i męką

obrosłe mchem starym, niczym starców brody

jak ręce złożone w modlitwie do nieba

kiedy zgniewane grzmi  i karą grozi

wzniosłe i wsparte o siebie tkwią drzewa

a słabsze w cierpieniu wybaczenia prosi

Każde z nich kryje tajemnice szpiega

Strzeże polany przed wścibskim człowiekiem

Gdzie cisza, żaden odgłos nie dobiega

a ludzka stopa stanęła przed wiekiem

łąka zielona ukryta bezpiecznie

jak małe dziecko przez matkę chronione

tkwi tu jezioro niedostępne, wieczne

niczym żabie oko ponure, zielone

Choć rzęsą obrosłe, to zwabia i kusi

Lepiej by niepowołany nie znał tajemnicy

W nim żyje za karę i męczyć się musi

dusza bagiennej, zwodniczej pokutnicy

Piękna to była dziewczyna wesoła

lekko podchodziła do sprawy miłości

Chłopców zwabiała do siebie wokoło

Oni walczyli o względy z zazdrości

Igrała z ogniem, głośno z nich się śmiała


Oni, jak rycerze stawali do boju

Nierzadko umierali, krew  często się lała

W pojedynku, w śmiertelnym utrudzeni znoju

Dusze rycerzy, co zginęli za nią

krążyły nad dziewczyną w bolesnej rozpaczy

I przeklęli jej duszę, nie pomógł jej Anioł

bo nie było litości, żaden nie wybaczył

Porwał jej duszę diabeł kuty, srogi

Poniósł daleko, choć mu ciężka była

Nadział , jak na widły na swe nędzne rogi

W jeziorze tym dusza już się utopiła

Płacze więc w rozpaczy biednej dziewki dusza

Nikt jej nie usłyszy, bardzo wiele straci

Teraz, gdy za póżno, nikogo nie wzrusza

Kochaj zawsze uczciwie, bo los ci odpłaci




ZARZĄD DROGOWY

 Zima nam tu obrodziła

Człowiek jest spełniony

Zarząd  Dróg Odśnieżający

Niezadowolony

Śnieg i muldy, lody, zaspy

Na chodnikach leżą

A piaskarki do prac swoich

Wcale się nie spieszą

Zarząd Miejski, jak to zwykle

Co roku nie zdąża

Zimę za to, że tak sypie

Wciąż winą obciąża

Zarząd chętnie, niczym misiu

Przespał by w swej gwarze

Ale mu nie pozwalają

 Miejscy gospodarze

Dobrze chociaż, że słoneczko

Na tym mrozie świeci

I najwięcej tej radości

Mają zimą dzieci



MAŁE DRZEWKO

 


Małe nieporadne drzewko

Ledwo pokryte drobnymi listkami

Wspina się wszystkimi gałązkami

Instynktownie do słońca, jak matce na kolana

Walczy o światło, ciepło, pogłaskanie

Słoneczną promienną miłość

I dobroć lazurowego nieba

Wszystko, co przychodzi, chce żyć

Pchają się na wyścigi, żeby zdążyć

Bez wyjątku

Mimo wszystko

To właśnie czas zmartwychwstania

sobota, 27 grudnia 2025

WIELKANOC

 O cichym poranku, w blasku jutrzenki

Cud zmartwychwstania dokonał się wielki

Kamień odsunięty, grób pusty stoi

Niechaj się śmierci już człowiek nie boi

Pan z grobu powstał, śmierć pokonana

Na rękach i nogach zabliżniona rana

On wziął na siebie grzechy tego świata

Niewinny całkiem dał życie za brata

Za nas, za ludzi, chociaż sam był Bogiem

I żył wśród nas życiem prostym i ubogim

Ten, co krzyż dżwigał i umierał w męce

Gdy przebijali mu nogi i ręce

Co szukał w modlitwie Boga, swego Ojca

Zrobił to dla nas, z miłości bez końca

Dziś żyje, zmartwychwstał, dał nam to przesłanie

Kto za Nim pójdzie, już z nim pozostanie



MAŁO WIELE

 Już 

nie mamy do stracenia

Mało wiele

Odkładamy, że spotkamy się w niedzielę

I z dzieciństwa przypomnimy sobie czas

Bo za chwilę może też nie będzie nas

Już

czas nagli, niecierpliwie przypomina

Że ucieka wciąż z godziną nam godzina

Nie powtórzy się, co było nam już dane

Nasze smutki i radości roześmiane



MOŻE

 Może kiedyś znów spotkamy się przypadkiem

Bo umówić się nam będzie pewnie trudno

Po policzkach łzy potoczą się ukradkiem

I od wspomnień zrobi się nam bardzo smutno

Może kiedyś znów pójdziemy gdzieś na kawę

I przeczytasz tam z tomiku swoje wiersze

Lub wypomnisz mi niezawinioną sprawę

Kiedy koncert dadzą nam zielone świerszcze

Może kiedyś zobaczymy się realnie

I nie będzie to jedynie głos w eterze

To życzenie, choć dla losu jest banalne

Nie odmówi nam spotkania, mocno wierzę

piątek, 26 grudnia 2025

ROMEO I JULIA -- CZERWONA RÓŻA


                         CZERWONA RÓŻA

JULIA;

Przez okno upadła czerwona róża  

leży na stole jej płomienny ślad

Jak blask gasnącego dnia

co ostatkiem sił przed zachodem padł

I zgasł


Teraz krwawi na białym obrusie

Rozpalona serc naszych burza

Zniknie plama z bladym świtaniem

Tylko płomienna czerwona róża

Zostanie


Pod oknem stoi jego  wierny cień

Poniosę zapach róży przez życie

Tylko wymarzony ślubny   tren

Pozostanie w moich snach skrycie

Nawet w dzień



ROMEO;



Stoję pod twym oknem z różą  

To pożegnanie , rozumiem

Nasza miłość się już nie spełni

Wybaczyć  umiem

 Wrzuciłem czerwoną różę

Wiem, że  zrozumiesz

Mych uczuć płomienną burzę

Zatrzymać umiesz


NARRATOR;


Cień co stał pod oknem

miał duszę i ciało

Żył

Jakby to było mało

 Bolało

A w ręce trzymał

Czerwoną różę

I drgnął, bo w sercu zapisał 

Muszę

Rzucił przez okno swej Julii wyznanie


Choć nigdy spełnionym nie pozostanie

Julia poniesie przez życie swe ciernie

Romea pamięć co kochał ją wiernie

Co cieniem był dla niej choć zmarł o poranku

Lecz pamięć zostanie o wiecznym kochanku


środa, 10 grudnia 2025

KRÓL LIR II

 Śpiewają więc na różne tony , posłusznie

gardłując , ile tylko sił im starczy w dziobach

aby radość sprawić, chmurę odjąć z czoła

spokój przynosić wszystkim dookoła

i mądremu władcy, kiedy wiatr zawiewa

gdy zabraknie słońca i siecze ulewa

do ziemi przygniata bezlitośnie drzewa

Od niego wiedzą, przetrwania się nauczyć trzeba

straż ptasia wiernie swemu panu służy

Wie, ze słońce zawsze musi wyjść po burzy

KRÓL LIR WSPÓŁCZESNY I

Jako król lasu na swym skromnym tronie

zasiadł na pniu wysokim i  w złotej koronie

podparłszy ręką w zadumie blade skronie

spojrzał w daleką przyszłość zieloną

co przed nim stoi w kolorze nadziei

że jeszcze wiele się w tym lesie zmieni

U stóp poddańczo uległy pień leży

w gliniastym podłożu pośród leśnych ścieżyn

a w tle kotary z paproci i jeżyn

stwarzają z należną fantazją bajeczną

poczucie potęgi, niezniszczalność, wieczność

Oparł swą rękę na poręczy tronu

zasłuchany cierpliwie w czystej wody tonu

strumyka, co z góry, jak wodospad  z pionu

u stóp swego władcy się łasi i nurza

szemrze pieśń lasów, odwiecznie prawdziwą

uzdrowicielską nie milknącą, żywą

poi ziemię i drzewom nieprzepastnym daje

wyrastać w górę, w niebo i osiągać raje

wzdłuż i wszerz powiększać obszary i kraje

choć wątły , to mocny w swojej sile ducha

bo mądrego ma króla, który go wciąż słucha

Władca wschłuchany w ptactwo leśne różne

to, co jest stałe i lotne podróżne

śpiewają więc na różne tony, posłuszne

ŻABKA I SZCZUR

 Raz spotkała żabka szczura

i powstała awantura

bo ze szczura kawał gbura

że przeszkadza mu, jak góra

Wrzeszczy na nią hura, hura

huzia, huzia, ''jak na Józia''

aż już cały,  jak  purpura

i tak ''po kobyle '' mknie

Żabce przykro robi się

i przez łzy swój protest śle

Zzieleniała już ze złości

i tak mówi mu najprościej;

''słoma z butów ci wychodzi''

tak odzywać się nie godzi

naucz się kultury, proszę

masz jej ledwie kilka groszy

nie wstyd  ci jest drogi szczurze

że nic nie wiesz o kulturze ?

Szczur zawinął ogon długi

coś pomyślał raz i drugi.

Czy zrozumiał , kto go wie

Poszedł, zniknął w sinej mgle


Zawsze w mowie poznasz pana

gdzie kultura słowem zgrana

OAZA

Gdzie niebo z horyzontem ginie

i w jedną kreskę się jednoczy

 w rozgrzanych piaskach na pustyni

dostojnie karawana kroczy

Wielbłądy niczym białe żagle

płyną i żadna fala ich nie targa

kołyszą się dostojnie , zgrabnie

niosą podróżnych na swych garbach

Choć słońce pali bezlitośnie 


dążą do celu, nic nie zraża

bo wciąż nadzieja w sercu rośnie

że na ich drodze jest oaza

Oto przed nimi już nagroda

na  tej piaszczystej bez dna pustyni

są palmy, żródło życia, woda 

i ta nadzieja, co nie ginie

wtorek, 9 grudnia 2025

TOMEK I DOMEK

 Raz pan Tomek chciał mieć domek

bo mu się marzyło

gdy był na zielonej łączce

i słońce prażyło

Tak przygrzało mu na głowę

kiedy leżał w trawie

więc uwierzył, że marzenia

spełnią się na jawie

Bowiem ciułał i hakował w pocie dla ojczyzny

lat 30 mu minęło, doczekał siwizny

i ubyło sił, kondycji, tężyzny mężczyzny

Ale przybył mu garb w plecach oraz pot i blizny

Nie odłożył nic na domek, zostały wspomnienia

urząd czyhał już z podatkiem od wzbogacenia

Lecz pan Tomek, nie ułomek

nie wyrzekł się marzeń

wybrał się do znanych banków

Tu znów seria zdarzeń

Od Annasza do Kajfasza uchodził swe nogi

lecz niestety w każdym banku kredyt był za drogi

by mógł Tomek kupić domek, lat spłacać trzydziesci

Toż to prawie stary dziadek, w głowie się nie mieści !

Cóż Tomkowi pozostało, legł na trawie , marzy

byle słonko przygrzewało, coś może się zdarzy !


KAWKA I ŻABKI

 W odwiedziny raz do kawki, przyszły dwie zielone żabki

do drzwi lekko zapukały, bo maniery dobre miały

Chwilę w progu zaczekały, kulturalnie przywitały

choć się kawka kokosiła, ale jednak była miła

wciąż uprzejmie uśmiechała, czarnym okiem spoglądała

i bez przerwy coś gadając, do mieszkania zapraszała

Żabki miały dla niej kwiatki, co posiały na rabatki

głównie niezapominajki, bo to kwiatki z ładnej bajki

rosną sobie nad potoczkiem, patrzą na świat żabim oczkiem

kiedy żabki płyną łódką, one śmieją się cichutko

powtarzają wciąż przytomnie, nigdy nie zapomnij o mnie

Kawka zaprosiła żabki i nalała kapkę kawki

i okruszek ciasta dała, żeby lepiej smakowała

Żabki taki zamiar miały, bo uprzejme być zechciały

więc o zdrowie zapytały bardzo grzecznie i serdecznie.

Na w rozmowie  przelecialo, że pół dnia to było mało

Wpadły żabki więc na koncept, by urządzić w stawie koncert

kawka zaproszona będzie, miejsce dla niej w pierwszym rzędzie

dyrygentem będzie świerszcz, motyl z ważką powie wiersz

Przyszła kawka zaproszona, elegancko wystrojona 

i usiadła w pierwszym rzędzie, z ciekawości, jak to będzie

wpięła sobie kolczyk w ucho, a pod szyję czarną muchę

no i ogon lśniący długi, zaś na skrzydłach złote smugi

 Przyszły także i owady, no nie było innej rady

siadły obok bez żenady, wszystkie strojne i pachnące

oraz ptaszki śpiewające, terkocące i gwiżdżące

Wkrótce tłoczno się zrobiło, kawce miło to nie było

Niecierpliwi się widownia, słońce pali , jak pochodnia

a na stawie pośród trawy, brak aktorów, czyli żaby

Wtem na liściach, co pływały, już się żabki pokazały

wystrojone w nenufary, ustawione pięknie w pary

chórem śpiewać rozpoczęły i tak mocno się nadęły

tyle siły w sobie miały, że wspaniały popis dały

Zasluchała się widownia, bo koncerty nie są co dnia

gdy pogoda, deszcz nie leje i nic złego się nie dzieje

Koncert trwał do póżnej nocy, księżyc lśnił już z całej mocy

był, jak rogal chudy, mały, więc mu gwiazdki przyświecały

Żabki nisko się skloniły i tak koncert zakończyły

a widownia - brawo, brawo i na bis wołają żwawo

chociaż wieczór bardzo miły, to się żabki już zmęczyły

Księżyc scenę już ozdobił i spać także postanowił.

Na widowni poruszenie, brak aktorów już na scenie

Brzęczą, buczą, poświstują, pogwizdują, hałasują.

, Już afera, awantura, kawka także jest ponura

 Już zgłodniała, ma ochotę, zjeść owada, tę niecnotę

Ptaszki także smak nabrały, zrobił się więc ruch niemały

Szybko się zorientowały i ze wstydu raka spiekły

a owady w czas uciekły

Koncert, uczta to dla ucha, muzycznego łakomczucha

co muzyką karmi ducha, delektuje, karmi , słucha






KŁÓDECZKI --- SANATORIUM.20 KWIETNIA 2024

 Dla przeszłej miłości i wiecznej chwały

na moście Wisełki kłódeczki zostały

Patrzyły na rzeczkę, od deszczu płakały

cierpliwie wisiały, aż zardzewiały

Czekały, czekały i nie doczekały

wskoczyły do wody, wcale się nie bały

daleko do morza woda je poniesie

już nie ma kłódeczek, woła echo w lesie


Już się staruszkowie nie spotkają wcale

bo on po udarze, ona po zawale

KŁÓDECZKI II

 Kłódeczka ze złota nawet nie pomoże

gdy serce niewierne jest dziewczyny hożej

Gdy  miłuje szczerze, chłopca nie oszuka

bo serce gorące w jego stronę puka


Ściągnął brwi w gniewie, chłopców dalej zwodzisz

ale przyjdzie chwila,że sobie dogodzisz

za moją krzywdę w niedługą chwileczkę

wykrzywi się w płaczu buzia w podkóweczkę


Poszedł chłopiec szukać w świat innej dziewczyny

tej co go pokocha i lepszej, jedynej

Na pewno ją znajdzie, bo świat ułożony

że te najlepsze, to właśnie są żony


Ku radości wszystkich morał z tego wiersza

że najlepsza panna, niekoniecznie pierwsza


A kłódeczki niech tam na mostach wciąż wizą

zakochani młodzi swe wyznania piszą





KŁÓDECZKA I

 Dziewczyna na moście roni łzy do wody

obiecałeś wrócić kochaneczku młody

kłódeczki zniknęły, uroda przemija

byłam wtedy twoja ,teraz już niczyja


Skoczyła dziewczyna do Wisełki małej

co ledwo żródełkiem wody się rozlały

pomoczyła nogi,splotła włosy płowe

-- poszukam innego i kłódeczki nowe


Przyszedł chłopak młody,

dzielny chwat nad chwaty

założył kłódeczki i posłał po swaty

Już od tej pory zwiastują na moście

że szczęśliwi młodzi zapraszają w goście


Ku radości wszystkich morał z tego wiersza

kłódeczka, jak widać nie jest najważniejsza

                             lub

Wrócił chłopak młody, co przyrzekał miłość

ale już na moście kłódeczki nie było

Dziewczyna niesforna z wiatrem poleciała

słowa danego mu nie dotrzymała


Kłódeczko, kłódeczko, nic jej nie zatrzyma

jeśli u dziewczyny tej miłości nie ma

KOKOSZKI

 Była sobie raz kokoszka

taka dziwna, bo matrioszka

była  duża, lecz w niej  mała

jedna w drugiej się chowała

i zmieniała , tak jak chciała

Raz się wszystkim pokazała

tak malutka, że piszczała 

niby z zimna, ogrzać chciała

takie dziecię, co to plecie

mało wie o bożym świecie

jeszcze pisklę w żółtych piórkach.

 Dla tej większej, pewnie córka.

Starsza z chowu jest lepszego 

dokarmiana, więc wolnego

Piórka kolorowe stroszy

w swoim gniazdku się panoszy

Jeszcze trzecia, jest uparta

znosi jaja raz na kwartał

ale za to jakie wielkie

że pojęcie ginie wszelkie

Aż dwa żółtka w jaju pływa

choć to nie jest żadna ryba

Potem czwarta jest dożarta

cała prawda w tym zawarta

zamiast siedzieć cicho ,woli

 obgadywać aż do woli 

Pozostałe dwie matrioszki

to dorosłe też kumoszki

na bogato wystrojone

siedzą dumnie nastroszone

i malują  wciąż pazurki

bo to wyjątkowe kurki

Lecz gdy trzeba, tak są zgrane

jedna w drugiej pochowane


Wielorakość, jednorodność

dumnie zachowują godność

ukrywają cech tak wiele

 w jednym matrioszkowym ciele

ZŁOTA JESIEŃ

 Jeszcze słońce wciska się między drzew gałęzie

 Te najbogatsze  ubrały się  w złoto

By wiatr co nimi nieustannie trzęsie

Nie ogołocił ich  doszczętnie z nadmierną ochotą


Jeszcze zieleń broni się przed nadchodzącym chłodem

 Daje złudną nadzieję owocowym drzewom

Ale jesień już wkracza z  piwnym miodem

I kłania po królewsku zachmurzonym niebom


W sadach już pozbierane wszystkie skarby słońca

Zamienione w słodycz  śpią w czeluściach szklanych

Lata kres, czas jesieni   co  obdzieli bez umiaru i końca

Darem w płonących kominkach drzewem opalanych



Nie wszystkie prześpią się w trawach do zimy

Zdają się na łaskę swojej matki ziemi

Złote liście, słomiane wdowy, co się pogubiły

Szukają szczęścia, by swój los odmienić


Zakłócamy im spokój wstępując z szelestem

chwytamy z oddechem napar ich kolorów

Echo nam figlarnie odpowiada - jestem

Pogodzeni z jesienią idziemy bez sporów


Ku jesieni na przeciw spacerem zdążamy

Pamięcią ciepła tego lata otuleni

że od ra

dości słońca, którą teraz mamy

nie boimy się łez deszczu przeziębionej jesieni

KAMELIA

Kamelia, odwieczny kwiat kochanków

CZERWONA płomienna, zraniona

Budzona ze świtem, o poranku

Spełniona

Kamelia, kwiat dozgonnej miłości

BIAŁA, otulona nadziei welonem

Marzy o wiecznej czułości

Szalonej

Obie są prawdziwe, jak Julia z Romeo

Biel i czerwień przeplata

Ból i szczęście to dramatu dzieło

To zysk wliczony i strata



MAGNOLIE


Rozwiesiła na gałęziach wiosna

Biało fioletowe kolie

Magnolie

Ozdobne na stołach

Bombiaste świeczniki

Przy słuchaniu liryki



ŚWIĘCI GARNKI KLECĄ

 Święci garnki klecą, choć skorupy lecą

Spojrzyj więc do nieba, gdy wybaczyć trzeba

Uczę się od świętych, jak popełniać błędy

Nie ranić nikogo i iść własną drogą

Choć trudną, tym rażniej, z naturą w przyjażni

 Psem towarzyszem, wsłuchiwać się w ciszę

Z kotem na kolanach, nie myśleć o ranach

uśmiechać się wszędzie

Wtedy świętym będziesz




PORANEK

 Bądż mi kostką cukru przy gorzkiej herbacie

 Gdy dotknę ja ustami w wonnym aromacie

Gdy osłodzisz  rankiem moich myśli trochę

A słońce na pościel rzuci promień-- kocham !

Niczym łyk napoju ciepłem swym ogrzeje

 Skąpana w tym świetle

Co chce , niech się dzieje !



PUCHAR

 Między ustami, a pucharem wina

Wzburzona  gorąca się miłość zaczyna

Nabrzmiewa czerwienią krwi tętniącej w żyłach

Daje radość życia i poczucie w siłach

Słodko niczym  nektar po ciele rozpływa

Ale też przekorna ironicznie bywa

Niespokojna miłość nosi  zdradę w sobie

Niczym kolce róży rani strony obie

Purpurowe, pachną nocą i za dnia

Wypijmy ten puchar do samego dna

BIAŁY ANIELE

 Biały Aniele, mój cichy bez skazy

Wtulam się w Twoje opiekuńcze skrzydła

Gdy raz po razie uderzają razy

A moja nadzieja już zbladła i znikła

Ty okryj mnie zbawczo, uchroń przed ranami

Bym się w twych skrzydłach mógł poczuć bezpiecznie

Spokojnie usnął bez cierpień, z bliznami

Aniele biały, zostań ze mną wiecznie




piątek, 14 listopada 2025

NA KONIEC

 I jeszcze na koniec 

I jeszcze na koniec , zanim się odwrócisz

Pójdziesz  w daleką przyszłość bez pośpiechu

Słowem już nie rań, bo wiem, że nie wrócisz

Stań, popatrz mi w oczy i rzuć garść uśmiechu


Nie tego z szyderstwem, co zdradziecko kroczy

Lecz chwile, gdy byliśmy szczęśliwi, jak w niebie

Teraz uśmiech przez łzy  rozjaśnia mi oczy

Są już przeżroczyste, już nie widzą ciebie

sobota, 18 października 2025

DAMY RADĘ

                                



Kochana, podaj rękę, trzymam cię mocno

siłą będą nasze  wspólne marzenia

Choć na drogach od złych przygód tłoczno

Damy radę, dobrego spełnienia


Jestem silny, bo miłość dodana

Jest ogniskiem i ciepłem serc, duszy

Damy radę na tej drodze , kochana

Nic nie złamie jej, nie zniszczy, nie skruszy


Daj  rękę, nasze palce są mocne, jak liny

I już razem przez życie pójdziemy

Damy radę z tej jednej przyczyny

Że miłości tej oboje pragniemy



MÓW PRAWDĘ

                                     



Mów prawdę, proszę, a ja ci pomogę

Wyczuję w dotyku, spojrzeniach twych lodu

I nie zatrzymam, spokojnie idż w drogę

Już miłość moja nie rozgrzeje chłodu

Nie lituj się nad tym, czy będę cierpiała

Wszak jedno więcej, jakie ma znaczenie

Po ranie pewnie będzie blizna trwała

Nie jeden raz w górę toczyłam kamienie

Więc tyle od siebie i żądam i proszę

Mów prawdę, już nie kłam, ja wszystko zrozumiem

Życie potrafi hojne sypnąć groszem

I zabrać wszystko w jednej chwili umie

Jak pies wyliżę wszystkie rany swoje

i wiernopoddańczo znów zaufać sobie

Już o mnie sę nie martw, niech zostanie moje

Na drogę co najlepsze teraz życzę tobie



NIEUNIKNIONE

                                   



Gdy lata minęły, a ciebie wciąż nie ma

Czas mnie uraczył nieuniknionym

Przyjęłam spokojnie, bo wiem, że tak trzeba

Być pogodzonym


A jeśli gdzieś jesteś, choć sama tu żyję

Samotność nie puka do drzwi mego losu

Wciąż kochać potrafię i z tym się nie kryję

dopuszczam do głosu


Codzienne życie ubarwiam wspomnieniem

Perły, brylanty są wciąż moją mową

Jedno jest tylko ukryte pragnienie

Być zawsze z tobą

CZAROWNY WALC

                                        


Czarowny walca wir porwał mnie, odurzył

Niczym płatki śniegu zakręcił, zamącił

W zamieci, co potrafi szaleńczo zakurzyć

W zimowy wieczór w twe ramiona wtrącił


Porwani zostaliśmy bez opamiętania

Z Wisły szumem i  dżwiękiem hejnału z Kościoła

Cygana na skrzypcach na Floriańskiej grania

 I Zygmunta Dzwonu, gdy z Wawelu wołał

  

Tak nas Sukiennice szczęśliwych zastały

Latarnie z Rynku nisko się skłoniły

Szare gołębie, co dawno już spały

W murach krakowskich kamienic się skryły